Na podstawie Kroniki Parafialnje oraz materiałów z Archiwum Diecezjalnego
Macierzystym kościołem obecnej parafii Wytyczno jest katolicki obrządku łacińskiego kościół w Wereszczynie. Wytyczno zbyt daleko miało dp kościoła w Wereszczynie, toteż tęskniono za własnym kościołem i kapłanem. Początkowo wikariusze z Wereszczyna, uczący religii w tutejszej szkole dojeżdżali ze Mszą św., którą odprawiali w budynku szkolnym. Wiedzieli ludzie, że mają niedzielę. Cóż bowiem wart dzień niedzielny bez Mszy św?
KS. KAZIMIERZ SZLENDAK
Ks. bp. Henryk Przeździecki w czasie wizytacji zwiedził i Wytyczno i uznał za stosowne, aby tu była filia duszpasterska. W 1938 r. przysłał do Wytyczna wikariusza parafii Wereszczyn i mianował rektorem filii duszpasterskiej. Ks. rektor Kazimierz Szlendak nic nie zastał. W starej plebanii unickiej mieszkali lokatorzy i była sala szkolna. Nie można było marzyć o zamieszkaniu na plebanii. Mieszkał więc w malutkim pokoiku u p. Staszewskiego.
Kaplicę publiczną pw. św. Andrzeja Boboli pobudował ks. Kazimierz z myślą zamienienia jej w przyszłości na stodołę. Była to więc ryglówka, obita deskami za sklepieniem i wieżyczką. Tam odprawiał Msze św. i inne funkcje liturgiczne. W dniu 31 października wydano dekret, że przy kościele św. Andrzeja Boboli zostaje erygowana filia duszpasterska.

Kaplica była 15 m długa, 7 m szeroka i 6 m wysoka, kryta białą papą. Wybudowana została z ofiar Kurii Siedleckiej. Filia duszpasterska liczyła 150 dusz, a oprócz katolików 300 prawosławnych, 100 żydów i 100 ewangelików Niemców. Kaplica poświęcona była przez ks. Józefa Sobieszka, dziekana z Włodawy. W kościele skromniutkie tabernakulum, 6 lichtarzy obok obrazu św. Andrzeja Boboli malowanego przez Józefa Klaudę z Wytyczna, 4 ornaty, 2 obrusy, bursa dla chorych, kilka puryfikaterzy i ręczniczków. Plebania obecna byłą wówczas w budowie. Taki był początek. Utrzymanie kapłana stanowiła pensja rządowa, dzierżawa ze 150 mórg ziemi, intencje i pensja szkolna. Do Rady Parafialnje weszli Józef Klauda i Ignacy Pleszczyński, obaj z Wytyczna. Myślano wówczas i o kościele murowanym. Jakub Karpiński miał być fundatorem tego kościoła. „Ja niżej podpisany – pisze w zobowiązaniu – Jakub Karpiński, właściciel majątku Wytyczno zobowiązuję się ofiarować potrzebną ilość cegły na budowę nowego murowanego kościoła w Wytycznie. Równocześnie proszę, żeby budowa była rozpoczęta na jesieni 1939 r.” Podpis Jakub Karpiński, Wytyczno 16 maja 1939 r.
Wojna przeszkodziła, przyszli Niemcy a z nimi krew, bicie i wywóz do obozów. W październiku (1go i 2go) w Wytycznie było ciężko. Wojska polskie, cofające się przed postępującymi naprzód wojskami radzieckimi stoczyły w Wytycznie ciężki bój. Ukraińcy zaś z domów strzelali do wojsk polskich. Zginęło wielu Polaków, pochowani zostali obok cmentarza pounickiego. Ks. Szlendak musiał opuścić plebanię, schronił się do Ukraińca – bo i między nimi byli ludzie – i tam ocalał.
Gdy przyszli Niemcy a wojska radzieckie mocą układu cofnęły się na linię Bugu, podnieśli głos znowu Niemcy miejscowi. Administracja niemiecka kazała ks. Kazimierzowi pilnować słupów telefonicznych. W okolicznych lasach potworzyły się oddziały partyzanckie, które zrzynały słupy i wysadzały mosty, co paraliżowało komunikację nowym gospodarzom. A gospodarować Niemcy potrafili. Z inicjatywy Niemców narobili urzędników, niektórych Polaków przechrzcili na Volksdeutschów, gorszych od samych Niemców. Z pałkami i rewolwerami w rękach zabierali gospodarzom krowy i świnie a młodzież do Germanii na roboty. W majątku Wytyczno pobudowano piękny pałac i gospodarowali urzędnicy z Liegenschaftu. Każdy mężczyzna musiał iść za skromny grosz i jedzenie do pracy. Ludzie ratowali się kradzieżą. Kradzież u Niemców uważana była za czyn narodowy. Najwięcej kradli ci, którzy rozporządzali siłą – leśni ludzie. A zresztą nie mieli wyboru, musieli z czegoś utrzymać swoje oddziały. Wieczorem nowi lokatorzy nie pokazywali się na szosie ani na podwórzu, bo przychodziły oddziały leśne. W dzień natomiast byli niepodzielnymi panami życia i śmierci Polaków. Wzięto i ks. Kazimierza razem z ks. Filipowiczem do stodoły w Michałowie i tam ich straszliwie bito, ludzie dziś wspominając dostają dreszczy.
21 września 1941 r. sporządził ks. Kazimierz ostatni akt urodzenia, musiał opuścić Wytyczno bo Ukraińcy wspólnie z Niemcami nie pozwolili mu tu pasterzować. Nie mógł rozwinąć pracy duszpasterskiej pod butem hitlerowców. Za jego to pobytu zaczyna się przeobrażenie parafii. Młodzi Niemcy idą do wojska, tam przeważnie giną, starsi jadą na zachód na miejsce masowo wysiedlonych Polaków z Pomorza, Poznańskiego, Kaliskiego, Łódzkiego, Łęczyckiego. Wyrzucano ich w ciągu kilku godzin, z tym co kto zdążył zabrać. Osiedlano ich na miejsce Niemców w Michałowie i Wytycznie. Na miejsce wielkiej ilości rodzin w Łowiszowie nie zasiedlano zasadniczo, gdyż Niemcy niszczyli po sobie. Kilka zaledwie rodzin wysiedlonych tam zamieszkało. Łowiszów zamienił się w centralę partyzancką. Tam kryły się oddziały Armii Krajowej, Armii Ludowej, Batalionów Chłopskich. Wytyczno, Wola Wereszczyńska, Sosnowica, Uścimów były to parafie największego nasilenia ruchów partyzanckich.
KS. TELESFOR PERECHUDA
1go października przyszedł ks. Telesfor Perechuda, który objął 26 września parafię. Od 26 września 1941 r. pasterzuje w warunkach nędzy. Sprzedawał kobietom chustki na głowę, kamyczki do zapalniczek, sacharynę i z tego właściwie żył. Za jego czasów przygotowali Niemcy piec do spalania Polaków w folwarku Wytyczno. Już były przygotowane wózki do kolejki, zwieziono szyny, planowano tzw. krochmalnie, a w rzeczywistości krematorium. Miała to być jakaś filia Krychowa gdzie wykańczano Żydów i więźniów Polaków. Szczęściem skończyło się tylko na planie. Wielu z Lubowierza miało złoto i biżuterię, którą za chleb otrzymywano od więźniów Żydów. Ale lekko przyszło i lekko poszło. Niekiedy bandy rabunkowe jedne drugim zabierały, mordując się wzajemnie przy tej okazji.
Okres okupacji niemieckiej dla katolików był opłakany. Sołtysi Niemcy, Ukraińcy, Volksdeutsche nakładali na nich wszystkie ciężary. Ludziom zabierano ostatnie krowy, zostawiając rodzinę bez mleka. Tłuszcz był również niemożliwy do utrzymania bo wszelkiego rodzaju szpicle nie pozwolili Polakom trzymać trzody chlewnej a natomiast wszystko oddawać na kontyngent.
Wiara święta utrzymywała ludzi przy życiu w tym morzu wrogów i dzięki tej wierze wytrwali do ostatka. Nie pozwolono śpiewać „Boże coś Polskę” ani „Serdeczna Matko” na tę samą melodię, nie pozwolono w Litanii odmawiać wezwania „Królowo Korony Polskiej” ani obchodzić tegoż święta w dniu 3 maja. W domach modlono się i obchodzono wszystko po staremu i wierzono, że Bóg widzi krzywdę Polaków, że słyszy płacz, że kiedyś zlituje się nad nami.
Ks. Telesfor Perechuda był rektorem filii duszpasterskiej w Wytycznie do 19 października 1942 r.
KS. WŁADYSŁAW URBAŃCZYK
Od 19 października 1942 r. oddano parafię pod opiekę ks. Władysławowi Urbańczykowi, proboszczowi w Wereszczynie. Akta parafialne zostały przekazane kancelarii wereszczyńskiej. Ks. Proboszcz polecił prowadzić akta wytyckie oddzielnie. Dnia 19 sierpnia 1945 r. zapisał ks. Wł. Urbańczyk ostatni akt. Duszpasterstwo sprawował przez ten czas bardzo gorliwie, mając rozległą parafię jeździł co drugą niedzielę do Wytyczna, odprawiał Mszę św., głosił płomienne nauki, administrował mieniem parafialnym. We wszystkim kierował się myślą, aby Wytyczno stanowiło samoistną jednostkę duszpasterską ze względu na odległość od Wereszczyna i od Brusa dość dużą. Gry otrzymał do pomocy wikariusza w osobie ks. Jana Dziedzica przysyłał tu wikariusza i sam na przemian troszczył się o Wytyczno. Odpusty, spowiedź wielkanocna odbywały się normalnie. Odpust był jeden 16 maja w uroczystość św. Andrzeja Boboli.
Księga tacowa wykazuje, że już 10 maja 1945 r. parafią Wytyczno administrował ks. Jan Dziedzic. Był to kapłan niskiego wzrostu, słabowity. Przybył z Wereszczyna, zamieszkał na plebanii zniszczonej w 1939 r. przez działania wojenne, częściowo odremontowanej przez ks. Kazimierza Szlendaka i ks. Telesfora Perechudę. Plebanie ks. Jan obił słomą, która jednak nic nie grzała i w kuchni woda była w zimie zamarznięta. Z tyłu plebanii pobudowano chlewik dla świń i kur, który osłaniał plebanię od wiatrów.
Ks. Jan miał wielką zaletę, ducha modlitwy. Ludzie mówili o Nim: „modlący się ksiądz”. Były wypadki, że ktoś przyjechał do Niego, kładł gościa w swoim pokoiku, a sam szedł do kaplicy. Zimą nad ranem ledwo duch w Nim cipiał. Jednego razu wieczorem, gdy przebywał na modlitwie, okradli Go złodzieje. Zabrali mu sutannę i buty, kilka sztuk bielizny i pieniądze swoje i parafialne – tacowe. Po tym zdarzeniu powiedział: „on nie mnie okradł, on siebie okradł”. Niedługo, bo jeden ze złodziei został zabity (z Zabrodzia), dwaj inni dostali się do więzienia (z Dominiczyna). Był to kompletny biedak, nic oprócz tego co mu zabrano nie posiadał.
Za Niego kpt. Stanisław Leszczyński, jeden z członków okolicznej partyzantki, Bolesław Myć, sołtys i kilku dzielnych parafian wystarali się w Urzędzie Ziemskim we Włodawie u nowych władz polskich o kirchę poewangelicką, która stała na Michałowie, zapełniona zbożem zebranym dla nowych władz. O kirchę starała się gmina na szkołę do Urszulina. Jednak wpływ wyżej wymienionych osób zrobił to, że przydzielono Wytycznu na kościół. Kirchę przewieźli sami parafianie, dach pocieli w poprzek, bo z gontami była nie lada robota. Przewiezioną kirchę zestawili Szadkowscy w takim stanie jak stała w Michałowie. Dobudowali tylko dwie zakrystie i prezbiterium z resztek niespalonej starej plebanii.
Ks. Jan Dziedzic czuł, że ta praca nie dla Niego, powiedział parafianom, że „gdy dłużej tu będę zaprzepaszczę parafię” i 23 lutego 1947 r. pożegnał parafię.
KS. JAN RĘBISZ
Dnia 1 września 1947 r. ks. Jan Rębisz został mianowany rektorem filii duszpasterskiej w Wytycznie. Gdy w sierpniu odwiedził, czyli – jak mówią – przyjechał na oględziny, zapłakał. Po chwili uczucia rzewnego zdobył się na coś wręcz przeciwnego – na gniew, na zaciśnięcie pięści i odjechał prosto do Siedlec. Jak tam pójdę – rzekł do Biskupa – gdy niczego tam nie ma. Istna rozpacz. Brak kościoła, szopa w której odprawia się – strach bierze – gorsza od betlejemskiej, rozpoczęty kościółek wygląda na chatę, plebania obita, obdarta, podziurawiona i to wszystko.
Ludzie jednak chcieli księdza. Na pierwszej Mszy św. było pełno, w niedzielę też. A gdy rektor zrobił zebranie i ogłosił plan robót, wszyscy głośno krzyczeli: damy po tysiącu.
5 marca 1948 r. odbyło się poświęcenie cmentarza. Wybrano z parafianami miejsce najpiękniejsze, wydzielono 2 ha. Wólczanie nakopali głogu i obsadzili w miejscu parkanu. Najwięcej pracował przy tym parafianin Miazga z Wólki Wytyckiej.
W dniach 18-19 maja 1949 r. miała miejsce wizytacja kanoniczna dokonana przez J.E. ks. bpa dra Ignacego Świrskiego. Ks. Biskup jechał z Brusa. Pod Dominiczynem czekała banderia na koniach z Wytyczna i Dominiczyna. Po ks. Biskupa do Brusa pojechał Ludwik Sacharski z Wytyczna swoim koniem i klaczą Józefa Klaudy. Są to najpiękniejsze konie w Wytycznie. Bramę powitalną wybudowała młodzież pod wodzą Jana Czecha. Do sakramentu bierzmowania przystąpiło wówczas 293 osoby.
W latach 1948-51 dzieci w szkole słyszały, że nie ma Boga, że świat i życie powstało samo lub drogą ewolucji, że Kościół jest niepotrzebny, że pacierz i praktyki religijne są zbyteczne. Działało to na młode dusze w różny sposób, zależnie od wychowania domowego i podejścia rodziców. W wyniku gtej akcji młodzież przeważnie nie chodzi do kościoła.
1 maja 1952 r. postawiono krzyż na zakończenie misji. W stopie krzyża zakorkowano butelkę a w niej pergamin. Na pergaminie spisano kiedy odbyły się Misje św., kto fundował krzyż, kto przy nim pracował i podobne szczegóły. Jest tam pięknie wypisane ręką Jóżefa Klaudy, że gdy Prezydentem był Bolesław Bierut, biskupem ks. dr Ignacy Świrski, proboszczem ks. Jan Rębisz, przeprowadził Misje św. ks. Szepeta Orłowski- Szepeta ze Żdżar woj. Łódź.
Wytyczno posiadało trzy dzwony, które zabrano w 1915 r. Proboszcz w podaniu z dnia 18 lutego 1952 r. zwrócił się do Wojewódzkiej Rady Narodowej w Zielonej Górze z prośbą o przydzielenie do Wytyczna dzwonów z Tupolic pow. Żdżary za zabrane w czasie wojny dzwony wytyckie. Dnia 29 kwietnia 1952 r., zostały przydzielone nieodpłatnie w miejsce zrabowanych przez Niemców trzy dzwony. Jeden waży 662 kg, drugi 360 kg, trzeci 152 kg. Dwa duże są żeliwne, najmniejszy spiżowy. W okolicy żadna parafia nie ma takich dzwonów, toteż podróżni schodzili z wozów, aby tylko zobaczyć wytyckie wozy.
Ważniejszą i trudniejszą sprawą byłą dzwonnica. Oprócz pieniędzy trzeba kamieni i robocizny. Około 100 fur kamieni dała przeważnie Wólka. Przy wykopie piasku spod starej plebanii znaleziono dwie urny z prochami i dłuto krzemienne. Morfolodzy, którzy tu zjechali z Uniwersytetu Lubelskiego określili, że w miejscu gdzie stoi kościół i plebania była przed wiekami wyspa na jeziorze. Jezioro to było olbrzymie, obejmowało wieś i pola. Wiercenia morfologów wykazały, że za oborą plebańską na głębokości 245 m znajdują się muszle ślimaków i cząstki roślin oraz złoża wapnia z cząstek zwierzęcych. Wyspa kościelna zbudowana jest ze szczerego żwirku nadającego się do cementu, natomiast drzewka na nim posadzone usychają, bo jest jałowy i przepuszcza wodę a więc suchy.
Dzwony po raz pierwszy po 37 latach zabiły w niedzielę 13 lipca 1952 r.
12 grudnia 1952 r. rektor filii duszpasterskiej w Wytycznie, pracowity i zapobiegliwy ks. Jan Rębisz całując dzwonnicę, kościół i zwieziony przez siebie z Zachodu piękny ołtarz po 5 latach pracy odjechał autobusem do Lublina, by stąd pociągiem udać się przez Siedlce do Oleksina i tu rozpocząć na nowo swą pracę duszpasterską działalność. Wytyczno pozostało bez pasterza.
KS. EUGENIUSZ MATYSKA
cdn.






